Spotkanie orawian z synem narodowego wieszcza

Czy warto czytać Adama Mickiewicza? Tych wątpliwości sto lat temu nie miał Piotr Borowy, który znajomością twórczości narodowego wieszcza zachwycił jego syna, a dwie dekady później słowami poety cały Kraków poruszył ks. Ferdynand Machay.

Twórczość Adama Mickiewicza kieruje nasze wyobrażenia w świat Kresów Wschodnich. Tym bardziej ciekawie jawi się spotkanie opiekuna pamiątek po słynnym wieszczu z przedstawicielami Kresów Południowych, gdzie polskość, choć w sposób zupełnie odmienny, dążyła jednak do wspólnego narodowego celu, jakim było zerwanie kajdan niewoli.

W marcu i kwietniu 1919 r., podczas kilkutygodniowego pobytu w Paryżu spisko-orawskiej delegacji na kongres pokojowy, który ustalić miał nowy porządek polityczny w Europie po I wojnie światowej, ks. Ferdynand Machay, Piotr Borowy i Wojciech Halczyn zabiegając o przyłączenie rodzinnych ziem do odrodzonej Polski, odwiedzali nie tylko salony dyplomatów ale poparcia szukali również wśród wpływowych przedstawicieli polskiej emigracji od lat grupującej się w stolicy Francji. W tej narodowej służbie mieli również chwile wytchnienia, podczas których sami mogli poszerzyć swoje horyzonty, odwzajemniając się napotykanym osobom przekazywaniem informacji o zapomnianych podtatrzańskich regionach, zamieszkiwanych przez polskich górali.

Do domu do Muzeum Adama Mickiewicza w Paryżu, ufundowanego w 1903 r. przez jego syna Władysława, orawskich delegatów zaprowadził hr. Władysław Zamoyski.

Władysław Mickiewicz niedługo przed śmiercią w 1926 r. – fot. NAC

Ciekawa rzecz, jak wielkie wrażenie na nas wywarł widok tego starca, pana Władysława. Siwiutki prawie 80-letni starzec. Przyjął nas w swojej pracowni. (…) Przed dziesięciu laty może nie było trudno poznać w nim Mickiewicza. Dzisiaj poważny wiek góruje nad Mickiewiczem. Włosy, brodę nosi tak, jak to na fotografiach widać u wieszcza – wspominał ks. Ferdynand Machay.

Jak to bywa w sytuacji spotkania Polaków na obczyźnie, wywiązała się między nimi ciekawa wymiana zdań:

Piotr zaraz zdradził, że zna doskonale poemat “Dziady”. “Więc i tam na tych zapomnianych przez nas kresach zna lud mojego ojca?” – pytał się ze zdziwieniem i radością. “A cóż my może nie godni cytać wiersze największego Polaka” – zapytał się z uśmieszkiem Piotr.

Jak on nas serdecznie przywitał! I wodził po wszystkich salach Muzeum. (…) Wyjaśnił każdy kawałek papieru, fotografię, pierścienie, szable itd. Chodziliśmy po salonach cicho – na palcach, jako w kościele, idąc za panem Władysławem jak za księdzem. Bo nastrój był taki.

Zdjęcie rodziny Mickiewiczów: Władysław Mickiewicz z żoną i córką Marią, Józef Mickiewicz – fot. NAC

Ks. Machay przedstawił też zajęcie Władysława Mickiewicza, polegające na opracowywaniu książek, pism, fotografii i innych pamiątek po swoim wielkim ojcu. Czytelnikom z rodzinnych stron objaśnił wagę tych czynności – Wiera mi hań za praca” powie ktoś. A jak jest tam widzicie niemało, bo pan Władysław nawet pomocnika w tem muzeum trzyma. A potem pomyślicie sobie: w tej chwili w Paryżu Polaków niemało. Jedni odchodzą a drudzy przychodzą, ale kolonia polska zawsze liczy sobie 200 osób. A któżby nie poszedł z odwiedzinami do pana Mickiewicza. Każdy Polak zapuka do drzwi potomka ukochanego wieszcza. Byliśmy więc i my.

Ze łzami w oczach głęboko wzruszeni opuściliśmy to muzeum – podkreślał kończąc swoją relację szef spisko-orawskiej misji dyplomatycznej.

Do dziś turysta odwiedzający stolicę Francji może odwiedzić najstarsze muzeum mickiewiczowskie mieszczące się w gmachu Biblioteki Polskiej na Wyspie Świętego Ludwika. Wśród prezentowanych tam zbiorów, dokumentów osobistych i twórczości wielkiego poety znajdują się m.in Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego – patrząc na nie warto przywołać myśl o kolejnym rozdziale narodowego pielgrzymstwa, napisanego przez spisko-orawską deputację.

Za pewien epilog paryskiego spotkania uznać można słynne kazanie ks. Machaya z czasu II wojny światowej, o którym mówił cały Kraków, znajdujący się pod niemiecką okupacją. Duszpasterski wywód, rozpoczynający się od słów inwokacji mickiewiczowskiego “Pana Tadeusza”, szczegółowo wspominał Czesław Hakke:

Wiosną 1940 r. byłem na niedzielnym nabożeństwie w kościele na Salwatorze. Kościół był przepełniony, głowa przy głowie. Na ambonę wolnym krokiem wszedł ksiądz Machay, proboszcz tej świątyni. Po przeczytaniu Ewangelii, ksiądz przeżegnał się i pochyliwszy się lekko do przodu wbił wzrok w tłum ludzki ogarniając go niemym spojrzeniem… Była cisza i naraz w nią, jak grom z jasnego nieba, padły te oto słowa:

“Litwo, Ojczyzno moja, Ty jesteś jak zdrowie
Ile Cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto Cię stracił…”

Tu głos księdza się załamał, wzruszenie jego udzieliło się tłumom. Cisza była śmiertelna, wszystkie oczy zwrócone były na tego, który śmiał zakazane słowa publicznie głosić. Tymczasem kapłan, którego oczy zaszkliły się łzami, opanował wzruszenie i ciągnął dalej: “Każdy wie – jak drogie są te słowa każdemu z nas.” A potem ksiądz nabrał tchu i zagrzmiał na cały kościół: “I dlatego bólem napełnia się serce i wstrętem do tych, którzy za judaszowskie srebrniki sprzedają swoich braci, swój honor, swoją godność własną, którzy zapominają o sumieniu. Biada im, jeśli się nie opamiętają, albowiem spotka ich los Judasza.”

Ksiądz przemówił potężnie, sięgnął do dna dusz, wstrząsnął tłumami i wzruszył do łez. Ludzie płakali i nie wstydzili się tego. Nigdy, przenigdy tego kazania nie zapomnę. Ale były i inne, równie odważne i bezkompromisowe.

ZOBACZ TAKŻE: Orawa w zainteresowaniu wielkiego świata

Nie mniej niezwykły był epizod z młodości orawskiego kapłana, który podczas formacji w budapesztańskim seminarium duchownym w biblioteczce kolegi odkrył intrygującą go pozycję. Tak przedstawił tę scenę w swoim pamiętniku:

Zbliżyłem się i czytam napis: “Pan Tadeusz”. Przeszedł mnie dreszcz radości. Wyciągnąłem go i oto w okładce było kilka listów i papierów, a z “Pana Tadeusza” ani pół kartki.
– Co to? A gdzież “Pan Tadeusz”? – zapytałem się nieco zgorszony.
– Wyrwałem go.
– Dlaczego – pytałem się dalej.
– Bom go musiał spalić
– S-p-a-l-i-ć? I to dlaczego?
– Bo mi ojciec duchowny powiedział, że Mickiewicz na indeksie, a takiej książki przecież nie mogę trzymać – brzmiała węzłowato odpowiedź.

Żal mu jednak było ładnej i silnej okładki i zatrzymał ją na hańbę własnego i ojca duchowego niedołęstwa. Nie znałem jeszcze wtedy “Tadeusza”, wiedziałem atoli, że to światowe arcydzieło. Aż mnie szarpało od gniewu, że się coś podobnego stać mogło! Dla każdego Polaka będzie to rzeczą niezrozumiałą. Na Węgrzech w ostatnich latach były i takie rzeczy możliwe, i to bardzo często. Bezwzględna madziaryzacja zakradła się nawet do seminarium duchownego. (…) Chciał ktoś czytać książkę słowacką lub polską, przełożeni zaraz szukali jakiejś formułki, która nie pozwalała na czytanie po słowacku, lub po polsku. Z “Panem Tadeuszem” było o tyle łatwiej, ze pisma Mickiewicza o towianizmie są naprawdę na indeksie. To wystarczyło, aby “Pana Tadeusza” spalić.

Później okazało się jeszcze, że ów kolega Paweł Drbajk oraz inny – Jan Ferenczak, podobnie jak Ferdo Machay, polskie książki otrzymywali od Juliana Teisseyre, krakowskiego budziciela ducha narodowego górali orawskich. To już jednak temat na osobną opowieść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.