500-lecie bitwy pod Grunwaldem oczami górala z Orawy

Bitwa pod Grunwaldem i Orawa? Okazuje się, że pewne wydarzenia mogą mieć swoje dalekie następstwa nawet po kilku wiekach. Jest w polskiej historii coś wyjątkowego, rozpalającego serca i porywającego do działania… ale najlepiej niech o tym opowie ks. Ferdynand Machay.

Szacuje się, że w krakowskich uroczystościach 500. rocznicy bitwy pod Grunwaldem uczestniczyło nawet 150 tys. osób – to była największa polska manifestacja w czasie zaborów. Obchody grunwaldzkie były wyrazem trwania narodu i jego pamięci, świadectwem patriotyzmu, marzeń o wolnej Polsce. Wielkie uroczystości, odbywające się w dniach 14-17 lipca 1910 r. były w swym założeniu odpowiedzią na szowinizm polityki niemieckiej. Przy tym jedynie nieliczni przedstawiciele inteligencji królewskiego miasta mieli świadomość podobnych mechanizmów wynaradawiania Polaków na Górnych Węgrzech, poddawanych procesom madziaryzacji i słowakizacji.

Odsłonięcie Pomnika Grunwaldzkiego z fundacji Ignacego Jana Paderewskiego według projektu Antoniego Wiwulskiego i Franciszka Blacka w 500. rocznicę bitwy pod Grunwaldem – Pl. Matejki w Krakwie, 15 lipca 1910 r.

Bitwa pod Grunwaldem, której znaczenie i skutki zostały przez historyków zbadane ze wszystkich możliwych stron, miała swoje znaczące konsekwencje dla Orawy za sprawą uroczystości jej 500-lecia, które stały się impulsem do pracy narodowej najwybitniejszego z polskich synów podbabiogórskiej ziemi, ks. dra Ferdynanda Machaya.

Narodowy przywódca Polaków na Orawie z czasu przełomu 1918 r. tak wspominał wrażenia odniesione podczas uroczystości w Krakowie:

Wyczytałem z gazet madziarskich, że w lipcu ma być w Krakowie jakaś wielka grunwaldzka uroczystość. Przybywszy na wakacje do domu, zrobiłem zaraz zamach na ojca w celu otrzymania kilkudziesięciu koron na wycieczkę do Krakowa. Wyjechaliśmy z młodszym bratem. W Suchej czekała na nas niespodzianka: zobaczyliśmy deputację madziarską, jadącą na Grunwald – pod przewodnictwem żyda. Składała się z jakichś dwudziestu osób, tworzących odrębne grupki, bo wspominany przewodnik nie bardzo zachęcał do łączności. Ja z bratem i stryjem z Budapesztu trzymaliśmy się też na boku.

Gipsowy Jagiełło na gipsowym koniu, na granitowym cokole z napisem “Praojcom na chwałę – braciom na otuchę”, nad brązowymi postaciami Polaków i Litwinów, odświętnie przystrojony w biało-czerwone flagi wprawił w zachwyt zebrane tłumy.

W Krakowie był zapowiedziany przyjazd tej deputacji. Gdy więc pociąg nadszedł, na przystrojonym dworcu rozległy się głośno madziarskie éljény. Było nawet jakieś powitanie, na które madziarski żydek – pochodzący z Tarnowa – odpowiedział po Polsku. Przy wyjściu stało dużo ciekawych. Padały pochlebne uwagi pod adresem Węgierek.

Grunwald!… Kazanie Teodorowicza, Bandurskiego i liczne przemówienia na zgromadzeniach, nakarmiły nareszcie mą głodną i spragnioną duszę! Tłumy wysłanników z całej Polski napasły moje ciekawe oczy swym widokiem! Nabożeństwo w kościele Mariackim i odśpiewane tam hymny “Boże coś Polskę” i “Boże Ojcze Twoje dzieci”, rozgrzały moje zimne dotąd serce. Ach, to nabożeństwo! Co to była za doniosła chwila zrozumienia tych dwu słów: “My w niewoli”! Stali przy mnie jakiś Polak z Wilna i ksiądz z Poznania. Poznałem się wtenczas z nimi, ale nazwisk nie pamiętam. Przy śpiewaniu zupełnie zmienili się. Na ich twarzy malowały się to czarne chmury, to znów błękitna pogoda. Ja nie śpiewałem bom ani nuty, ani słów nie umiał. Oglądnąłem się ukradkiem po kościele – wszyscy śpiewali. Zawstydziłem się bardzo,że ja nie mogę. Przy śpiewaniu drugiej zwrotki jakiś pan, widząc, że ja niemy stoję, brzydko się na mnie popatrzył. Zląkłem się tego gardzącego mną wzroku i zacząłem ruszać wargami i coś pod nosem brzęczeć. Uważałem jednak bardzo pilnie, aby mnie ktoś na kłamstwie nie przyłapał. Z kościoła wyszedłem oszołomiony. Poznałem się z wieloma ludźmi Kiedy mi mówili, że są z Królestwa, z Białej Rusi, z Polesia, z Podola, miałem chęć zapytać się, gdzie są te kraje i czy tam dużo Polaków, alem się bał, że głupstwo palnę i pozostałem dalej w nieświadomości.

Do 140-tysięcznego Krakowa przybyło 150 tysięcy gości. Przyjechali Polacy z każdego zakątka zniewolonego kraju i zagranicy. Pojawili się Czesi, Słoweńcy, Węgrzy, Bułgarzy, Francuzi i Chorwaci. Były grupy Polaków ze Śląska oraz Ameryki, Francji, Belgii, a nawet Gruzji.

Pochody, ćwiczenia sokołów, odsłonięcie pomnika Jagiełły, wianki i igrzyska na Wiśle, wpłynęły na usposobienie moje bardzo dodatnio. Wieczorny raut zaś wprowadził nas w nieznane dotąd zupełnie zwyczaje. Pan Teisseyre chodził z nami od osoby do osoby i wszystkim nas przedstawiał. Porządniem oczy otworzył, kiedym wśród fraków i chłopskie sukmany zauważył. Za dużo wrażeń na taki krótki czas.

Jadąc z powrotem, chwaliliśmy całą gębą uroczystości krakowskie. Ja wodziłem prym, uważając się już zupełnie otwarcie za nic innego, tylko za Polaka. Jechaliśmy wesoło. Kiedyśmy w Chabówce wysiedli, ledwieśmy zebrali dziesięć centów, aby furmanowi jakiś podwieczorek kupić. Jadąc przez Spytkowice, omawialiśmy bardzo żywo wojenny charakter naszych ziem podbabiogórskich.

– Wicie co się mi nolepi widziało w Krakowie? – zapytał młodszy brat.
– Może Krakowianki? – zgadywaliśmy.
– Sokoli! Polska nie zginie!
Zamilkliśmy. Ja błądziłem gdzieś po polach grunwaldzkich i ciesząc się z pogromu Krzyżaków, zanuciłem pod nosem znaną nutę góralską: Góry nase góry!

Zlot Grunwaldzki w 1910 r. był wielkim narodowym świętem. W jego organizację włączyli się najwybitniejsi patrioci tego okresu, m.in. Ignacy Jan Paderewski – fundator pomnika grunwaldzkiego oraz Henryk Sienkiewicz, Roman Dmowski, Włodzimierz Tetmajer, Jan Kasprowicz i Maria Konopnicka.

Po Grunwaldzie jakoś nabrałem śmiałości – nie wstydziłem się więcej przyznać do swej polskości. Głosiłem swe przekonania zwłaszcza wśród kolegów i młodzieży. Jeżeli mi ktoś zwrócił uwagę, że to co mówię jest panslawizm, odpowiadałem mu starem, ale wtedy już zupełnie bezwartościowym przysłowiem: “Węgier, Polak – dwa bratanki”. Dużo nieporozumień tym sposobem się zażegnało. Ile to razy dziękowałem Bogu, że to przysłowie wymyślono. Niech się jednak nikt nie domyśla, że byłem jeszcze i po Grunwaldzie madziarofilem! Nie! Ale właśnie dzięki tej przysłowiowej przyjaźni, ziarna apostolstwa polskiego u madziarofilów na bardzo dobrą ziemię padały, chcieli widzieć w tej pracy coś przeciw panslawizmowi.

Pomnik zniszczony przez Niemców podczas II Wojny Światowej. Został zrekonstruowany w 1976 r.

Takiego gorącego przyjaciela polskości znalazłem w aptekarzu z Jabłonki, w p. Eugeniuszu Sterculi. Jako rodak z Podwilka, od samej granicy Polski, czół się góralem, ale po każdem zdaniu powtarzał, że właściwie jest więcej Madziarem, bo już od małego chłopca wśród nich żył i uczył się. (…). Młodzież gimnazjalna była nie bardzo wrażliwa na nowe hasła. Ile to razy słyszałem ich krytykę: dyć Polocy ani książek ni mają. Stan kulturalny Polski oceniali według znajomości kultury słowackiej. Zbijałem te zarzuty, ale nie zawsze z wynikiem, bo sam o kulturze polskiej nie dużo wiedziałem. Co do książek, to podziw budziły u tych młodzików jedynie wielkie i ozdobne wydawnictwa, jakich ja sam jeszcze nie widziałem.

Nastrój i pracę w Jabłonce po Grunwaldzie najlepiej przedstawi list mój, pisany wtedy do pana Teisseyre’go (…). Był to pierwszy – długi list przeze mnie po polsku pisany. Dotąd wszelkie pisywania załatwiałem na pocztówkach albo na pierwszej stronie papieru listowego. Grunwald zdołał wygnać ze mnie strach i fałszywy wstyd, że źle, t.j. nie według pisowni, będę pisał.

F. Machay, “Moja droga do Polski”, 1923

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.