Współpracownik błogosławionej i świętego

Była „sumieniem polskiego pielęgniarstwa” i „wzorem, jak służyć Chrystusowi w bliźnich”. Tak o Hannie Chrzanowskiej, pionierce pielęgniarstwa społecznego mówił kardynał Karol Wojtyła, który życiową drogę przyszłej błogosławionej skrzyżował z kapłanem z Orawy.

Wywodząc się ze znamienitej warszawskiej rodziny, jako córka szanowanego profesora, Hanną Chrzanowską miała przed sobą otwarte dowolne życiowe ścieżki. Jednak wybrała trudną profesję pielęgniarską, w której szczególnego doświadczenia nabyła w czasie II wojny światowej, angażując się w pracę charytatywną i konspiracyjną pod okiem abpa. Stefana Sapiehy. Swoją misję kontynuowała również po wojnie, pracowała i kształciła przyszłe pielęgniarskie kadry. W 1958 r. przeszła na wcześniejszą emeryturę, która jednak nie oznaczała zerwania z życiową profesją.

W swoim krakowskim otoczeniu dostrzegła szereg osób biednych, chorych, zaniedbanych, pokrzywdzonych przez los, kalek i inwalidów, ofiar wojny i przesiedleńców wiodących nędzny żywot. Poza opieką fizyczną potrzebowały one również wsparcia duchowego. Do tego Chrzanowska wraz z Zofią Szlendak-Cholewińską namówiły ks. Karola Wojtyłę. Z czasem zaczęły wzrastać potrzeby dodatkowego wsparcia organizacyjnego i materialnego. Przyszły papież możliwość uzyskania właściwej w tym względzie pomocy dostrzegał wtedy w osobie charyzmatycznego proboszcza kościoła Mariackiego, ks. infułata Ferdynanda Machaya. Nie pomylił się.

Rozmowa była krótka – wspominała Hanna Chrzanowska o rozważaniu tego problemu z ks. Wojtyłą – We mnie się paliło: musisz dopomóc! Słuchał z tym swoim dowcipnym uśmiechem, jakby lekko drwiącym. Nie wiedziałam jeszcze, że mam przed sobą najwspanialszego słuchacza wszelkich spraw. Polecił nam przyjść za kilka dni o godz. 12.00 do kościoła Mariackiego –tam będzie czekał i zaprowadzi nas do ks. infułata Machaya.

Spotkaliśmy się z ks. Wojtyłą przed ołtarzem Chrystusa Ukrzyżowanego i we troje poszliśmy do Prałatówki – czytamy dalej we wspomnieniach Hanny Chrzanowskiej. Księdza Machaya znałam trochę z kościoła. Byłam u niego podczas okupacji z czyjąś prośbą. Wypadek był nie tylko trudny, ale tragiczny. Uderzyła mnie wtedy prostota i mądrość księdza, który na spełnienie tej prośby zgodził się natychmiast. Ale tego czerwcowego popołudnia o tym nie pamiętałam… On tym bardziej mnie nie poznał.

Wielki, siwy, patrzył na mnie spokojnie oczyma, które potem były tak bardzo biedne, a wtedy jeszcze zdrowe. Tak! Zagadnienie chorych jest mu znane jeszcze z parafii Najświętszego Salwatora. Rozumie.

Nie mogę inaczej określić mojego uczucia jak wściekłą pasja. Niechby odmówił! Niechby nie pojął! Przygotowałam sobie na ten wypadek mnóstwo strzał – zamieniałam się cała w Kołczan. Przedstawiłam mu krótko sytuację chorych. Brak istnienia pielęgniarstwa domowego w ramach służby zdrowia. Okaleczałą placówkę szkoleniową. Konieczność zaangażowania przez proboszcza stałej, płatnej opiekunki chorych. Wielki, siwy, patrzył na mnie spokojnie oczyma, które potem były tak bardzo biedne, a wtedy jeszcze zdrowe. Tak! Zagadnienie chorych jest mu znane jeszcze z parafii Najświętszego Salwatora. Rozumie. Potem rzeczowo: 1000 zł miesięcznie wystarczy?

Wystarczy, potaknęłam olśniona. Przecież to była wówczas płaca większa niż początkującej pielęgniarki. I wtedy powiedział te znamienne słowa, które od razu dały nam wolną rękę i okazały, jak dalece ks. Machay rozumie, o co nam chodzi: “Tylko pamiętajcie, ja z tym nie chcę mieć kłopotów. Wy jesteście fachowcy, a nie ja”. Odeszłam, mimo triumfu – jak zmyta. Głupie strzały, z których ani jednej nie musiałam wypuścić.

Dalej za prośbą ks. Machaya przydzielono Hannie Chrzanowskiejdo pomocy s. Darię Pichet ze Zgromadzenia Sióstr Duszy Chrystusa. Ponadto kapłan z Orawy przeznaczył dla pielęgniarek część swojej jadalni, tam odbywały się cotygodniowe raporty opiekunek i codzienny punkt kontaktowy.

– Ksiądz Machay, potem już sam chory, interesował się naszą pracą i cieszył się nią. Powiedział też kiedyś w rozmowie: “Granice parafii? Przecież miłość Chrystusa nie zna granic” . I przyjmował pod swoje skrzydła chorych z całego Krakowa. Przed śmiercią określił pielęgniarstwo parafialne jako, “koronę swego życia”.

Współpraca ks. Infułata Machaya z Hanna Chrzanowską trwała przez 10 lat, w czasie których patronował im bp Wojtyła. Jak opisywała tą relację Aleksandra Jędrysik: Hanna miała mocnego protektora w osobie Ks. Machaya. Ks. Ferdynand był szczerze zainteresowany i przejęty opieką nad chorymi, którą nazywał koroną swojego życia. Udzielał wsparcia na różne sposoby, zarówno moralnie i duchowo jak i finansowo. Daleki był od podziałów administracyjnych parafii, co było bardzo ważne szczególnie w początkowym okresie rozwoju pielęgniarstwa parafialnego, gdy chorych było niewielu, ale za to z różnych dzielnic Krakowa.

Po latach ks. Machay tak wspominał chwilę spotkania z Hanną Chrzanowską: Pamiętam – siedziała pani na tej kanapie z księdzem arcybiskupem i zorientowałem się zaraz, że to coś poważnego.

Mniej znana karta życiorysu ks. Machaya, nie może dziwić w kontekście całego jego życia, poświęcenia w działalności narodowej i społecznej, w duszpasterstwie emigrantów zarobkowych, w działalności w ramach Akcji Katolickiej i zdecydowanych poglądach na temat urządzenia zasad życia społecznego. Już przed wojną stanowczo upominał się o prawa ludzi z nizin społecznych, co skutkowało konfliktem z kręgami ówczesnego ziemiaństwa. W czasie wojny, poza wsparciem dla podziemia walczącego z niemieckim okupantem, nie szczędził pomocy tym, którzy cierpieli na brak żywności. Wśród mogących zawdzięczać mu przeżycie wojny byli również Żydzi, za pomoc którym Niemcy w Polsce karali śmiercią. Za jednakowe zagrożenia dla człowieka uważał bolszewicki materializm, jak również niczym nieograniczony kapitalizm. Jednocześnie też wyprzedzał swoją epokę wizją udziału świeckich w życiu Kościoła.

Ten gorliwy duszpasterz, doświadczony spowiednik, porywający kaznodzieja nigdy nie ustawał w poszukiwaniu nowych form apostolatu i praktykowania miłości Boga przez czynną miłość bliźniego. Już pod koniec swego życia zorganizował sprawnie funkcjonującą opiekę charytatywną nad opuszczonymi nieuleczalni i obłożnie chorymi, zapewniającą im w zależności od konkretnych potrzeb społeczną pomoc lekarską i duchową – pisał Tadeusz Górski już po śmierci ks. Machaya.

ZOBACZ TAKŻE: Sprawiedliwy z Orawy – pomoc ks. Ferdynanda Machaya dla Żydów pod okupacją niemiecką 

Nagrobek rodzeństwa Machayów na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie

Innym pośmiertnym wyrazem czci i uznania dla dokonań ks. Ferdynanda Machaya stała się inskrypcja umieszczona na jego nagrobku: Przeszedł przez życie dobrze czyniąc.

Hanna Chrzanowska zostaje ogłoszona błogosławioną po 45 latach od śmierci i po 20 latach od wszczęcia procesu beatyfikacyjnego. Za cud dokonany za jej wstawiennictwem uznano uzdrowienie po rozległym wylewie krwi do mózgu – Zofii Szlendak – Cholewińskiej, która sama była pielęgniarką i wychowanką Chrzanowskiej.

Fakt wyniesienia do chwały ołtarzy św. Jana Pawła II i bł. Hanny Chrzanowskiej zachęca do skierowania uwagi na postać ich współpracownika, skromnego i ochoczego współtwórcy prekursorskiego dzieła miłosierdzia, którego podjęcie na przełomie lat 50. i 60. nie było wcale łatwe, ani przesądzone. Ulga i pocieszenie niesione cierpiącym przez Hannę Chrzanowską, nie mogłyby zostać zrealizowane w takim samym wymiarze, bez zrozumienia i wsparcia ks. Machaya, którego przykład otwartości i współdziałania ze świeckimi stanowił przykład dla innych kapłanów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.