Aleksander Matonog – pierwszy apostoł polskości na Orawie

Walczył o prawa ludności polskiej i staropolską góralską gwarę orawską, ale czy śnił o wolnej Polsce? Był pierwszym bojownikiem o prawa Polaków na Górnych Węgrzech, któremu jednak przedwczesna śmierć nie pozwoliła doczekać niepodległej Polski – 100 lat temu zmarł Aleksander Matonog, działacz narodowy z Podwilka.

Ks. Ferdynand Machay nazwał go pierwszym apostołem naszej polskości, ale jednakowoż i przyjacielem polsko-madziarskiej przyjaźni – co na Orawie przed 1918 r. zdawało się trudne do pogodzenia, a z całą mocą wówczas jeszcze nie godził się z tym sam autor tych określeń.

Był to człowiek wielkim rozumem obdarzony, w braku jednak pieniędzy nie mógł gimnazjum dokończyć i musiał przedwcześnie zarabiać na życie. Był i w Krakowie jako statysta w teatrze Słowackiego. (…) Po wędrówkach w teatrach przyszedł na Orawę, aby wśród swoich pracować dla swoich (…) – wspominał Matonoga ks. Machay.

Spotkanie orawskich i nowotarskich “budzicieli” w sierpniu 1912. Przed apteką w Jabłonce siedzi (od lewej): Jan Bednarski, Magdalena Sterculowa i Jan T. Dziedzic. Stoją Eugeniusz Stercula, Tomasz Buła i Aleksander Matonog. Ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego.

Aleksander Matonog był jednym z pierwszych terenowych współpracowników dra Jana Bednarskiego w jego akcji “budzicielskiej”i obronie polszczyzny. Jednocześnie należał do tych, którzy się do tej narodowej pracy sami zgłosili. Stało się to zaś bezpośrednim następstwem, jak to często bywa, przypadkowego zdarzenia.

Matonog, jako podnotariusz Podwilka, poszedł na przechadzkę do Sarnia. W drodze spotkał się z pewnym gospodarzem, który nic nie wiedząc o tem, że ktoś go podpatruje – przeglądał jakąś książkę. Widząc zbliżającego się Matonoga, książkę błyskawicznie schował pod cuchę. Matonoga to bardzo zaciekawiło i podszedłszy do gazdy, zapytał się go zaraz:
   – Coście to schowali pod cużkę?
   – Eh, nic.
   – Jak to nic? Przeciek dobrze widzioł, zeście ksiązke cytali. No, pokozcie mi ją. Nie bójcie się, przecie jo tutejsy, nie zdradzę wos, cobyście ta i co zakozanego cytali.
Gazda rad nie rad, wyciągnął i pokazał Matonogowi kalendarz.
   – Dyć to polski!
   – Kupiołek se w Nowym Torgu.
   – A cy wyście to nie dostali od kogo?
Na to pytanie gazda trochę się zaczerwienił, jak gdyby go przyłapano na gorącym uczynku i przyznał się, że kalendarz dał mu lekarz z N. Targu: dr Jan Bednarski. Matonog na drugi dzień był już w Nowym Targu.

Z tymże przywódcą pracy narodowej na Kresach Południowych zapoznał później Matonog i ks. Machaya, który mu to za największą przysługę przypisywał. Utrzymywał też kontakty z Julianem Teisseyrem czy Bronisławem Piłsudskim, który zasięgał jego rad w kwestii prowadzonych badań krajoznawczo-etnograficznych. Wcześniej jeszcze, dzięki lojalnej postawie wobec państwa węgierskiego działacze tacy jak Matong czy Stercuła mogli podjąć współpracę z innym wybitnym podwilczaninem Adorianem Diveky. Trójka ta w 1910 r. dołożyła starań, aby prowadzony wówczas spis ludności nie powtórzył przekłamań na temat charakteru narodowościowego ludności Orawy, tak jak to odbyło się 30 lat wcześniej, kiedy to wbrew stanowi faktycznemu i nawet wcześniejszym danym, obszar po granicę galicyjską sklasyfikowano jako całkowicie słowacki. W trio: Diveky, Stercula, Matonog – ten ostatni zajmował się kontaktami z miejscową ludnością Orawy, podczas gdy jego partnerzy mieli za zadanie kontakty z prasą i urzędnikami administracji centralnej i komitatowej. Wykonana praca przyniosła pożądany efekt, bo 96,8% z blisko 16 tys. orawian z 14 wiosek powiatu trzciańskiego objętych ich działalnością podawało się za Polaków (mowa o wioskach obecnie w granicach Polski oraz Suchej Góry i Głodówki).

Medal poświęcony autorom broszury “Co my za jedni”, wybity w ramach serii ks. Władysława Pilarczyka.

Kolejnym wielkim dziełem Matonoga i Sterculi była broszura przygotowana w tercecie z młodym, wówczas jeszcze seminarzystą Ferdynandem Machayem. Celem trzech autorów artykułów pisanych gwarą było trafienie do szerokich rzesz polskich górali i unaocznienie im ich odmienności od słowackich sąsiadów z pobliskich wsi.

Matonog przekonywał – Pamientoj ze Poloku na Gornij Oravie i Śpisie, ze ty dobrym słovokiem nigdy niebedźies, boś Polokiem z dźiadka i pradźiadka. Ba jak się tak gwołtem bedzies rwoł do słowiacyzny, to mozes sie kieśik jesce stać podobnym do – gacopierza, co je ani mys, ani ptok. Niebedzies potem ani Polokiem, ani słowiokiem, ba bedzies takiem dziwokiem na pośmiech świata. Dalej na przykładzie opowieści o Kubie Hopciusiu i jego perypetiach z grą na skrzypcach i harmonii, które przyrównywał do języka polskiego i obcej mowy napominał czytelników – Ćcij ojca swego i matke swojom. Ćcij pamiontke jik i jenzyk ten, którem ónigwarzyli. Niehońb sie za nik, bo grzech i wstyd sie wstydzić ojca swojego i matki swojej i mowy macierzyńskiej.

Poza samą treścią artykułów, wiele o ich autorach mówił konflikt, jaki uwidocznił się między Machayem, a Sterculą i Matonogiem, którzy nie chcieli się zgodzić na argumentację ich młodszego kolegi. Starsi nie zgadzali się na antymadziarski wydźwięk postulatu Ferdyanda Machaya względem nauki szkolnej w języku węgierskim i słowackim. Żądał on coby nos naucyli po nasemu pisać, a cytać, do cego prawo momy, bo jest w nasej krainie taki zakon wedle ktorego we skole trzeba ucyć w macierzyńskim jenzyku.

Oto jak ks. Machay opisywał przyczynę poróżnienia się autorów: Troska, w jaki sposób pracować z pp. Sterculą i Matonogiem, zatruwała wszelką radość. (…) Istniała bowiem między mną a pp. Sterculą i Matonogiem nie różnica zdań, tylko ogromna przepaść w pojęciu zasadniczem całego ruchu. Ja marzyłem o “Ojcyznie, ktorej nimomy”, oni zaś w niczem nie chcieli ustąpić, jeżeli chodziło o państwową myśl węgierską. Nie sprzeciwiali się wcale uciskowi narodowościowemu na Węgrzech, byli obaj nawet zwolennikami tej polityki, którą ja nienawidziłem z głębi duszy. (…) Nie mogę odmówić p. Sterculi i Matonogowi dobrej woli, nie można im zarzucić, żeby ludu swojego nie byli kochali, ale słysząc ich poważnie na ten temat rozmawiających, że górale prędzej się zmadziaryzują, zaprzysięgłem się, że wbrew wszelkim przekonaniom będę nawet z nimi pracował, byleby się dowiedzieć o planach działania. Na pozór była więc między nami jedność i żyliśmy naprawdę w przyjacielskich stosunkach, wiedzieliśmy jednak wszyscy trzej dobrze, że nas dzieli różnica zapatrywań w stosunku do władz węgierskich.

Wątek tekstu ks. Machaya, w którym za jednakowe zagrożenie uznał słowakizację i madziaryzację polskich górali, stał się przyczyną ostrej krytyki ze strony Matonoga. Ten chciał wyrugować z przygotowywanej broszury ów tekst, a młodszemu współpracownikami nie szczędził krytycznych ocen. Ostatecznie sprawa doszła do przedruku całego nakładu z usunięciem fragmentów stanowiących kość niezgody. Niemniej i w tej formie broszura odegrała swoją wiekopomną rolę.

W tym momencie koncepcja prowadzenia działalności narodowej z wiernopoddańczym stosunkiem do władzy węgierskiej zatryumfowała. Ferdynand Machay zajął wówczas miejsce na uboczu głównego nurtu zdarzeń, zaś sam Matonóg prowadził ożywioną publicystykę na łamach prasy węgierskiej oraz Gazety Podhalańskiej, wydawanej pod patronatem dra Jana Bednarskiego i Feliksa Gwiżdża.

Mimo że, z czasem Machay i Matonóg zaczynali dostrzegać swoje wzajemne racje – pierwszy uznał doraźne korzyści postawy madziarofilskiej, a drugi niemożność trwania bez końca na swoim stanowisku, do ścisłego współdziałania już nie mieli okazji powrócić. Ich dalsze losy określił wybuch światowej wojny. Obaj w szeregach armii austro-węgierskiej wykonywali swoje żołnierskie i kapelańskie powinności.

Na terenie Spisza-Orawy było w czasie wojny coraz ciszej – pisał w swoim pamiętniku ksiądz Machay – P. Stercula, dowiedziawszy się, że go Madziarzy szpiegują, porzucił pracę spisko-orawską prawie zupełnie, byleby Madziarów nie gniewać. Pan Matonog był w wojsku i ciągle chorował. Pan Bednarski ściągnął go już ciężko chorego do Nowego Targu, lecz jego ojcowska opieka nie zdołała wyrwać śmierci tego bardzo zdolnego Orawca. Mówiłem z nim krótko przed śmiercią. Ach, jak mi go żal było, tem więcej, że nabierał już przekonania prawdziwie polskiego i miłości dla swej prawdziwej Ojczyzny.

Informacja o śmierci Aleksandra Matonoga w Gazecie Podhalańskiej

Nie doczekawszy restytucji państwa polskiego, Aleksander Matonog na skutek choroby płuc zmarł 6 kwietnia 1918 r., przeżywszy zaledwie 32 lata. Przywołana wyżej opinia ks. Machay na temat ewolucji jego postawy, pozwala domniemywać, że zachowałby się inaczej niż jego przyjaciel Eugeniusz Stercula, który zamiast niepodległej Polski, wybrał życie w państwie węgierskim, gdzie pod zmienionym nazwiskiem (Solt) dożył czerwca 1939 r.

Tymi słowy żegnała go redakcja Głosu Narodu: Pracowity a niezmiernie skromny, nigdy nie chwalący się czy znajomościami, jakie miał w literackich i artystycznych kołach węgierskich, czy wynikami własnej pracy dla umiłowanej sprawy. Owa skromność była przyczyną nie lada problemu nawet dla najbliższych nieboszczykowi współpracowników z “Podhalanki”, którzy po jego zgonie otwarcie przyznawali, że muszą dopiero sami poszukiwać wiedzy na temat jego życia – był dziwnym i rzadkim człowiekiem, który pracował a o sobie nic nie mówił i nigdy się niczem nie chwalił.

Z całą pewnością wielką pasją Matonoga był teatr. Podróżował z grupami aktorskimi, a sam też imał się za pióro – jego sztukę “Antychryst” wystawiano nawet w Budapeszcie i co ważne, spotkała się ona z pozytywną oceną krytyków sztuki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.