Rozbrojenie węgierskich posterunków na Orawie

Mówiąc o odzyskaniu przez Polskę niepodległości, skupiamy się zwykle na symbolicznej dacie 11 listopada 1918 r. wyznaczającej obchody kolejnych rocznic restytucji państwa. Tymczasem zarówno wcześniej jak i później we wszystkich zaborczych dzielnicach działy się wydarzenia najwyższej wagi – podobnie było i na Orawie, gdzie zbliżającą się wolność wyczuwano od pierwszych dni listopada roku kończącego wielką wojnę.

Szacowana na początku XX w. na około 150 tys. dusz, ludność polska na Górnych Węgrzech od połowy XIX stulecia poddawana była ciągłym procesom madziaryzacji i słowakizacji. Oba te zjawiska wzajemnie przeciwstawne, powodowały, że poza stopniowym wynarodowianiem, górali polskiego pochodzenia doznawali oni pośrednich szykan na tle gospodarczym, czy religijnym. Takie warunki życia ks. Ferdynand Machy nazwał czwartym zaborem.

gazeta podhalańska
Wycinek z Gazety Podhalańskiej z 27 października 1918 r.

Pamiętnik z młodości ks. Machaya, wydany w 1923 r. w tomie pn. “Moja droga do Polski”, przywołują świeże jeszcze wspomnienia na temat atmosfery końca I wojny światowej na Orawie. Końcem października 1918 r. jako kapelan C.K. armii wracał na Orawę, powodowany wieścią o chorobie brata. W drodze do domu spotykał wiwatujących już działaczy słowackich na perspektywę stworzenia wspólnego państwa z Czechami. Chciałem już być w Jabłonce, aby móc opowiedzieć co Słowacy zrobili i co nam należy zrobić. Gniewałem się i kląłem na kolej orawską, że tak pomału jedzie! Na szczęście znalazłem w Trzcianie furmana, który ze mną zaraz pojechał do ukochanej Jabłonki. – pisał ks. Ferdynand

Bez tytułu
Ks. Ferdynand Machay (starszy) na fotografii z 1919 r.

Dalej tak relacjonował powrót do rodzinnej wsi: W Jabłonce spotkałem pierwszego p. Jana Piekarczyka, jadącego do lasu z drzewem. Pan Piekarczyk był przez długie lata filarem czechofilskiej polityki słowackiej. W jego domu mieścił się słowacki bank ludowy, mający charakter wyraźnie przeciwmadziarski. Od początku naszego ruchu próbowałem się więcej razy zbliżyć do p. Piekarczyka i pozyskać go dla naszej idei. Odmówił mi zawsze z tem, że nie może z madziarofilami ani na chwilę pracować. Inaczej się mu ta praca podobała.
– Co nowego wieziecie księże? – zapytał się mnie.
– Słowacy połączyli się 28-go w Marcinie z Czechami, teraz więc na nas kolej, abyśmy się połączyli z Polską, bo my tu przecież Polacy. Wojna się kończy. Słowacy idą do Czech, Rumuni ku Rumunom, my zaś ku Plakom; czy nie tak panie Piekarczyk? – przemówiłem z wielkim temperamentem.
-Prawdę mówicie, księże Machay. Niech żyje Polska!
Gdyśmy się rozstali, modliłem się szczerze do Boga: Boże, gorące dzięki Ci składam za rozmowę z Piekarczykiem. Zechciej mu udzielić siły, aby wytrwał przy świeżo powziętym postanowieniu. Wieczór chłopcy p. Piekarczyka latali po wsi i krzyczeli wszędzie: Już my Polacy, już my Polacy!

(…) Po rozmowie z Piekarczykiem byłem mocno podniecony u jego zachowanie się – tak przychylne dla polskiej idei – bodło mnie do rychłego działania. (…) W Jabłonce robiłem co się dało. Jako zapowiedź nowej ery – wygłosiłem już bez zgody proboszcza w dzień zaduszny polskie kazanie. Było to moje pierwsze polskie kazanie w Jabłonce. Ludzie podnieceni zakończeniem wojny, chciwi nowości, bardzo życzliwie przyjęli tę moją zapowiedź polskości. Zaufania nabrali do mnie i z tego powodu, że byłem pierwszym zwiastunem ruiny Austro-Węgier i końca cierpień wojennych.

Podniosła atmosfera i buzujące emocje najszybciej dały się we znaki przedstawicielom węgierskiej administracji. Dzieje pierwszych dni listopada były aż zanadto urozmaicone. Pozostanie pewnikiem doświadczenie, że w ogólnym chaosie i zamieszaniu można dużo zrobić, byleby opanować silną ręką, albo przynajmniej silną gębą, umysły wykolejonych z równowagi ludzi. – konstatował z perspektywy czasu ks. Machay.

Burzliwe wydarzenia, o których wspominał zapoczątkowało rozbrojenie przez miejscową ludność całej żandarmerii Madziarskiej. Oto orawscy chłopcy, w niedzielny wieczór 3 listopada 1918 r., jako jedni z pierwszych na ziemiach polskich, rzucili na kolana dotychczasowych stróżów obcego aparatu państwowego. Żandarmi się rozbiegli, był tylko komendant na miejscu [w Jabłonce], ale bez czapki i broni. Ta nowina wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Cieszyłem się, że usunięto z drogi poważną przeszkodę myśli polskiej, lecz nie mogłem z obawą nie patrzeć na położenie bez straży bezpieczeństwa.

Taka była orawska drogi do Polski, czy raczej jej ostatnia prosta, której początek wyznacza kamień milowy w postaci rozbrojenia węgierskich żandarmów.

ZOBACZ TAKŻE: Polacy za górami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.