Błękitny generał. Przyjaciel polskiej sprawy na Orawie i Spiszu

Dowódca Armii Polskiej we Francji stał się serdecznym sojusznikiem spisko-orawskiej delegacji na konferencji pokojowej w Paryżu. Przedstawiciele naszych ziem towarzyszyli gen. Józefowi Hallerowi w tryumfalnym wjeździe do Polski.

W marcu 1919 r. za radą i wsparciem kręgów naukowo-politycznych przedstawiciele Orawy i Spisza: Piotr Borowy z Rabczyc, Wojciech Halczyn z Lendaku i ks. Ferdynand Machay w towarzystwie dra Kaziemierza Roupperta wyjechali do Paryża, by zgromadzonych tam światowych dyplomatów przekonywać o konieczności przyłączenia do Polski części ich regionów zamieszkałych przez polską ludność.

Delegaci w stolicy Francji odbyli spotkania z szeregiem znamienitych postaci, na czele z prezydentem Stanów Zjednoczonych Woodrowem Wilsonem. W czasie miesięcznego pobytu we Francji zawiązali szereg znajomości, zarówno tych strategicznych i użytecznych politycznie, jak i zwyczajne serdecznych.

Gen. Józef Haller

Obie te definicje wypełnia relacja z dowódcą Armii Polskiej we Francji. Gen. Józef Haller pochodzący z podkrakowskiej ziemiańskiej rodziny, wychowany we Lwowie, pierwsze  żołnierskie szlify zdobywał w armii austro-węgierskiej. Po jej opuszczeniu oddał się pracy społecznej w Towarzystwie Kółek Rolniczych, Towarzystwie Gimnastycznym “Sokół” oraz w ruchu skautowym przekształcanym na polskie harcerstwo. W czasie I wojny światowej dowodził Legionami Polskimi walczącymi z Rosją, potem także w Polskim Korpusie Posiłkowym. Od października 1918 r. Komitet Narodowy Polski powierzył Hallerowi dowództwo nad formującą się Armią Polską we Francji. Na jej czele walczył z Niemcami na froncie zachodnim w Wogezach i Szampanii. Po zakończeniu wojny rozpoczęto przygotowania do przetransportowania 68. tysięcznej armii wraz z uzbrojeniem do Polski. Właśnie w tych warunkach

W pamiętnikarskiej relacji z pobytu w Paryżu, sporządzonej przez ks. Machaya wielokrotnie pojawia się postać gen. Józefa Hallera i jego żołnierzy, słynących z mundurów w kolorze błękitu. Właśnie oni byli pierwszymi rodakami, jakich nasi przedstawiciele spotkali po dotarciu do celu podróży.

“Była 8-ma rano, kiedyśmy dojechali na dworzec wschodni. Aby się nie zgubić w morzu ludzi, trzymaliśmy się ostro ostatnich Polaków. Aż my zobaczyli przy wyjściu Hallerczyka. Jak my się pocieszyli! Bo człowiek już ani nie wierzył, że są ci żołnierze w tej Francyi, tyle razy nas od listopada z ich przyjazdem oszukali! Wnet my zobaczyli i innych.”

Znajomość z Hallerczykami miała swoją kontynuację m.in. poprzez spotkania przy stole:

Delegacja Spisko-Orawska w towarzystwie Hallerczyków.

“Zaprowadzili nas do tak zwanego klubu oficerskiego Chmura oficerów z armii Hallera. Ci nas dopiero uściskali. Znalazł się między nimi i góral Dr Gut z Poronina. Nadmiar radości! Poufnie my się zaraz zapytali, czy też tu bywa i gen. Haller? “Bywa bardzo często” brzmiała odpowiedź – To już dobrze – powiedział Wojtek. W klubie jadło koło 100 oficerów, ale chętnie przypuścili ku swoim stołom i cywilów. Jadało nas tam najmniej 20.”

Po jednym z takich posiłków udało się gazdom spotkać osobiście generała, w którym pokładali spore nadzieje na pomoc w swej misji:

“Pierwszego zauważył Haller Wojtka, który był cały na biało ubrany. Gienerał natychmiast wstał i przywitał się z nami. Niecierpliwieśmy czekali, czy się zapyta i o sytuacji wojskowej na Spiszu-Orawie. I zapytał się. Aleśmy też skorzystali ze sposobności! Gazdowie przed nikim nie potrafili swoich serc tak otworzyć, jak przed Hallerem. A p. gienerał słuchał i wypytywał się dalej. Myśmy z Rouppertem miękli od radości. Bo gospodarze o niczem nie zapomnieli. “Nie jacy my – mówił Wojtek – nie jacy nas język, ale i nase kościoły a zabudowanie nasyf miast spiskich głośno krzycy i prosi: Śpis i Orawa – to Polska”. – “A znowu nie jest prawdą – jako to ks. Machay dużo razy opowiada – że Śpis-Orawa to takie ubogie kraje. To prawda, że na naszych ziemiach pszenica, winogrona ani cytryna nie rosną, ale mamy inne bogactwa, mianowicie w lasach” – poprawił Wojtka Piotr. “A gdybyśmy to pachnące smrekowe powietrze sprzedawali? Bo to też majątek dla Polski”. P. gienerał się uśmiechał na gazdów a słuchał ich szczerego opanowania, tę gorącą szczerą spowiedź ich czystej duszy polskiej! Zrozumiał ich, bo ich nie dwuznacznie pocieszył: “Nie damy was”. Generał usiadł z gazdami na kanapce i rozmowa szła dalej.”

W innym zaś miejscu pisał ks. Machay:

“Ze wszystkich obietnic, ze wszystkich pięknych słów dla nas są jednak najdroższe, słowa p. generała Hallera. Dzieli was od Polski, od tej drogiej naszej Matki brutalny bagnet czeskiego najeźdźcy, ale o tym generale napewnoście słyszeli. Jedzie on terez z Francyi z 100,000-czną armią. Nasi gazdowie się z nim w Paryżu dobrze poznali, z nim nieraz przy nakrytym stole siedzieli, jemu nasze biedy dużo razy opowiedzieli. Ten właśnie wielki generał nasze ziemie niezmiernie pokochał i kiedy do Warszawy wrócił na Wielkanoc, przed tysięcznymi tłumami wypowiedział te nam może najdroższe słowa: Spisz-Orawa muszą być nasze.”

Gdy wszystkie sprawy, które były możliwe do załatwienia przez spisko-orawską delegacje, w trudnymorganizacyjnie wyjeździe z Paryża z pomocą przyszedł znów zaprzyjaźniony generał:

“Gdyby nie Haller, kto wie jak długo bylibyśmy czekali na wyjazd. Dowiedziawszy się z ust Wojtka, że nam “rety” do domu, a Komitet dopiero za trzy tygodnie obiecuje bilety, natychmiast zaproponował, abyśmy z nim pojechali. Można sobie przedstawić, jak wielką była radość nasza! 15-go kwietnia miał być odjazd z Paryża. Zaznaczyć muszę, żem przy załatwianiu niektórych formalności odjazdu nieporównanie większą grzeczność spotkał w sztabie gien. Hallera, aniżeli u niektóych młodych panów w Komitecie, do których się niesłychanie trudno dostać.”

Jeszcze i na chwilę przed wyjazdem z Francji sprawa Orawy i Spisza mogła zyskać powszechną uwagę dzięki towarzystwu generała.

“Kiedy Haller przybył na dworzec, zaroiło się jeszcze bardziej od ludzi. Tyle bowiem przez długi czas francuskie gazety o Hallerze i jego wojsku pisały, że wątpię, że by się był znalazł w Paryżu człowiek któryby nie był ciekawy, jak też ten polski wódz wygląda. W kinach go mogli dosyć oglądać, ale to nie wystarczy, aż mi go nareszcie żal było! Bo co chwileczka, inny a inny fotograf stanął przed nim i już łoskotał maszyną. Co to za natrętne towarzystwo ci fotografowie a omal się nie pobili! Bo każdy inną firmę przedstawia, każdyby chciał dobrze zrobić. Wtedy to prof. Rouppert zaagitował jeszcze raz za Spiszem i Orawą. Wyprowadził na gwałt i Wojtka i Piotra z wagonu. Soczewka aparatu się zaraz ku nim skierowała. Największą część już znała naszych gazdów, fotografowali ich już w czasie przyjazdu.”

Piotr Borowy, Wojciech Halczyn i gen. Józef Haller na paryskim dworcu. ZOBACZ TAKŻE: Orawianie na ekranach francuskich kin

Podobnie bywało już wcześniej gdy Borowy i Halczyn w towarzystwie Hallera znaleźli się na ekranach paryskich kin.

Przyjaźń z błękitną armią poszła tak daleko, że gazdowie ze Spisza i Orawy wstąpili nawet w jej szeregi – choć tylko na chwilę i nie do końca prawdziwie. By uniknąć niepożądanych komplikacji na czas przejazdu przez Niemcy obaj zostali przebrani w mundury Hallerczyków. Halczyn odgrywał szeregowca, a Borowy piastował godność porucznika.

Ten zabawny epizod był elementem historycznego, pierwszego transportu oddziałów Hallera do Polski. Spisko-orawscy delegaci towarzyszyli dowódcy błękitnej armii w tryumfalnym przejeździe po polskich stacjach kolejowych, na których wszędzie oczekiwały na niego rozentuzjazmowane tłumy. Kolejne pociągi żołnierzy i sprzętu stały się później filarami Wojska Polskiego odpierającego bolszewicki najazd w 1920 r. W jego cieniu czescy sąsiedzi wymusili niekorzystny dla Polski układ graniczny, który mógł wyglądać jeszcze gorzej gdyby nie paryska wyprawa i gen. Haller.

ZOBACZ TAKŻE: Cud nad Wisłą, a sprawa orawska

One thought on “Błękitny generał. Przyjaciel polskiej sprawy na Orawie i Spiszu

  • 20 marca 2017 at 18:18
    Permalink

    Warto wspomnieć, że generał był sodalisem i wielkim czcicielem Maryi…..

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.