Z Podwilka do Dachau – droga do męczeństwa ks. Jana Góralika

W latach 1939 – 1945 zginęło blisko trzy tys. polskiego duchowieństwa, co stanowiło jedną piątą jego przedwojennego stanu, a ponad trzy i pół tys.  przeszło przez obozy koncentracyjne, doznało aresztowań i innych form represji. Mieli w tym martyrologium udział kapłani orawscy. Męczeńską śmierć ponieśli ks. Ferdynand Machay (młodszy), czy ks. Jan Góralik

4abb477b-f3db-4fbf-86f6-16d569064484 — kopia
Kapłani w Oflagu IX C w Rotenburgu nad Fuldą – kwiecień 1940. Pierwsi z prawej w ostatnim rzędzie w sutannach: ks. Jan Góralik i ks. Henryk Hübner

Ks. Jan Góralik – społecznik i patriota, Proboszcz Podwilka i Dziekan Orawy, założyciel Kasy Stefczyka w Podwilku, Został aresztowany przez Niemców 2 września 1939 r. Podczas odsłonięcia w kruchcie Bazyliki Mariackiej w Krakowie tablicy upamiętniającej duchownych Archidiecezji Krakowskiej, którzy ponieśli śmierć w czasie II Wojny Światowej, 13 XII 1968 r. ówczesny krakowski Metropolita abp Karol Wojtyła mówił o nich: Potwierdzili duchowo prawo Chrystusa i kościoła w naszym narodzie. Nikt potem nie mógł i nie będzie mógł powiedzieć, że kapłani katoliccy nie uczestniczyli w losach swojego narodu, zwłaszcza złych losach (…), że w najcięższych chwilach dziejów narodu wyobcowali się. Wiemy że procent tych, którzy poszli do więzienia, do obozu, ponieśli śmierć, jest właściwy. Proporcjonalny do udziału w martyrologium narodu polskiego

ZOBACZ TAKŻE: Aresztowanie ks. J. Góralika

Losy ks. Góralika od momentu jego aresztowania przez Niemców, poznajemy ze świadectw złożonych do Kurii Krakowskiej oraz ustnych podań Orawian, którzy powrócili z niewoli. Mieszkańcy Podwilka zostali zwolnieni jeszcze na Słowacji. Księża trafili z małą grupą jeńców – oficerów Wojska Polskiego (…) do obozu żołnierskiego w miejscowości Kaiser-Stainburch położonej przy granicy po stronie Austrii. Stąd decyzją jakiegoś generała niemieckiego – zdziwionego „co oni tu robią” (to zn. duchowni) odwieziono ks. Góralika wraz z wyżej wspomnianą grupą pociągiem do obozu oficerskiego w Itzehoe w północnych Niemczech nad kanałem Kolińskim. Tu przebywało około dwóch tysięcy oficerów polskich. Księżom w liczbie siedmiu płacono żołd na równi z oficerami, mimo iż jeden tylko był kapelanem WPrelacjonował ks. Henryk Hübner. Dostępne źródła nie podają dat tych transportów. Natomiast można już dokładnie ustalić, że 8 grudnia 1939 r. księża z Podwilka znaleźli się w oflagu w Rottenburgu nad Fuldą. Zgromadzono tam około 60 kapłanów, którzy z małymi wyjątkami byli kapelanami Wojska Polskiego.

20160220_165235
Tablica w kruchcie Bazyliki Mariackiej w Krakowie upamiętniająca duchownych Archidiecezji Krakowskiej, którzy ponieśli śmierć w czasie II Wojny Światowej

Ks. Henryk Hübner podsumowując swoje obozowe wspomnienia stwierdził: Śp. ks. Dziekan Góralik znosił wszystkie te koleje losu, trudy i upokorzenia z podziwu godną cierpliwością i poddaniem się woli Bożej. Zawsze pogodny, opanowany i spokojny podnosił drugich na duchu. Swoją piękną postawą kapłańską zyskał sobie szacunek i sympatię współbraci. Jedną z osób, które znalazły się w kręgu ks. Góralika był ks. Stanisław Grodecki. Dzięki jego relacji poznajemy los podwilczańskiego proboszcza jeszcze szczegółowiej. Im dłużej przebywałem w obozie razem z ks. Góralikiem – pisał ks. Grodecki – tym więcej go ceniłem, odkrywając w nim coraz to nowe wartości moralne i intelektualne. Wartości te zwróciły moją szczególną uwagę wówczas, gdy znaleźliśmy się w następnym obozie, tym razem już nie oflagu, ale w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie, dokąd niespodziewanie wbrew wszelkim prawom międzynarodowym przewieziono wszystkich polskich księży. Wówczas w liczbie 86. Istotnie do Buchenwaldu księża trafili 18 kwietnia 1940 r. Na miejscu uświadomiono ich dokładnie o sytuacji, w jakiej się znaleźli i o tym, że wyjście z obozu prowadzi przez komin. Jednak na mocy specjalnego zarządzenia Oberkomando der Wehrmacht z księży wydzielono specjalną grupę Ehernhaftlinge – „Jeńców honorowych”. Zwrócono księżom zdeponowane wcześniej brewiarze i obok „jedynie” kilkugodzinnej pracy w ciągu dnia zalecono im modlitwę. Mimo iż sytuacja księży była lepsza niż pozostałych więźniów, ich udrękę fizyczną trudno opisać, zmierzyć czy porównywać. Ks. Dziekan Góralik zawsze pogodny, nigdy nie tracił ducha – zawsze zrównoważony – innych przepajał tym swoim wrodzonym optymizmem. Każdą wolną chwilę wykorzystywał na modlitwę, szukając w niej umocnienia dla własnej duszy. W rozmowach ze mną najchętniej powracał do czasów swych gimnazjalnych, do swych profesorów z Gimnazjum Św. Anny, do Seminarium Duchownego, do naszej diecezji i do pracy swej duszpasterskiej, jakby chciał uciec w ten sposób od otaczającej nas rzeczywistości – to znów słowa ks. Grodeckiego. Relacje na temat postawy ks. Góralika z okresu wojennego zniewolenia w bezpośredni sposób opisują jego cechy charakteru, jakich wcześniej musieliśmy się tylko domyślać na podstawie znanych nam jego posunięć. Wyłania się z nich obraz kapłana dostojnego, z bogatym życiem wewnętrznym, który w trudnych warunkach zachowywał pogodę ducha, jednocząc przez to wokół siebie innych. Zachęcał ich do wzajemnego wsparcia i zawierzenia swojego losu Bogu.

Wiosną 1942 r. księżom przebywającym w Buchenwaldzie odebrano prawa „Jeńców honorowych”, skierowano ich do pracy w kamieniołomie. Wskutek wyczerpującej pracy drastycznie pogorszył się stan zdrowia ks. Góralika. Zaczęły coraz bardziej dokuczać żylaki, które stale się powiększały i krwawiły. A on zawsze cierpliwy, nikomu z kolegów się nie skarżył, nie chcąc swoim bólem i kłopotami innym przysparzać troski.Znów bezcenną okazuje się relacja ks. Grodeckiego: Miłą dla mnie rzeczą było patrzeć na braterski stosunek, jaki łączył go (ks. Góralika) z jego wikariuszem, młodziutkim wówczas ks. Henrykiem Hübnerem, który ze swej strony czynił wszystko, co było w jego mocy, aby ulżyć niedoli swemu niegdyś proboszczowi a teraz współwięźniowi. Patrząc na nich, mimo woli nasuwał mi się myśl, że taki niegdyś stosunek musiał łączyć św. Pawła Apostoła ze swym ukochanym uczniem Tymoteuszem, nieodłącznym towarzyszem we wszystkich pracach i trudach. Wobec starań ze strony rodziny, ks. Hübner został zwolniony z obozu 10 marca 1942 r. Do zakończenia II wojny światowej przebywał w rodzinnym Żywcu z zakazem pełnienia posługi kapłańskiej. W tej sytuacji ks. Stefan Grodecki jeszcze bardziej zbliżył się do ks. Góralika, stając się ostatnim znanym świadkiem jego męczeństwa. Jak pisze: Poznając w tych warunkach obozowych coraz to inne zalety jego charakteru, które jaśniały coraz to wyraźniej w miarę jak warunki naszego bytowania zaczęły się pogarszać.

Nie może być w tych słowach żadnej przesady, skoro sami Niemcy ograniczyli zakres obowiązków ks. Góralika do szorowania podłogi i utrzymywania w porządku bloku mieszkalnego. Jednak i ta praca okazała się ponad siły kapłana, który z czasem nie był już w stanie ustać w czasie apelu. I zapewne już na tym etapie zakończyłoby się życie ks. Góralika w jednym z pieców krematoryjnych, gdyby nie wysiłek otaczających go kapłanów, którzy podjęli próbę ratowania życia współwięźnia. Księża gromadząc w warunkach obozowych kilkadziesiąt marek niemieckich, do których dołożyli odmówione sobie margarynę i chleb, przekupili personel obozowego szpitala, w zamian za udostępnienie łóżka i narzędzi do wykonania operacji na cierpiącym ks. Góraliku. Zabieg chirurgiczny przeprowadził potajemnie więzień, przedwojenny czeski lekarz, który bezinteresownie uczestniczył w tym ryzykownym dla siebie przedsięwzięciu. Sama operacja zakończyła się pomyślnie, jednak już po kilku dniach, gdy jeden z lekarzy – SS-man, dowiedział się o potajemnym zabiegu i dalszym pobycie na rewirze polskiego kapłana nakazał go wyrzucić z obiektu. Rozkaz wypełniono dosłownie. Ks. Góralik mając nogi opuchnięte po operacji o własnych siłach nie mógł zrobić kroku. Do baraku na plecach przeniósł go Żyd czeskiego pochodzenia, który skierowany w tym dniu do zamiatania otoczenia budynku szpitalnego, okazał się wybawicielem dla polskiego kapłana.

W dojściu do sił umożliwiających lepszą egzystencję, przeszkodził ks. Góralikowi wyjazd do kolejnego obozu. 7 lipca 1942 r. kapłani po podróży w wagonach bydlęcych znaleźli się w Dachau. Tu większość księży skierowano do pracy na „Plantażach”, do których codziennie dochodzono 8 km. Dla człowieka tak wyczerpanego, o nogach stale opuchniętych, ranach na półotwartych i ropiejących, ta droga na Plantaże była drogą prawdziwie krzyżową. Ale na szczęście dla niego ta droga miała się wnet skończyć. Śmierć wyzwolicielka miała wkrótce położyć kres tym nadludzkim wprost jego cierpieniom. Z ropiejących ciągle ran powstałych po zoperowanych niedawno żylakach wywiązała się gangrena, która stała się bezpośrednim powodem męczeńskiej wprost jego śmierci. Dnia 26 października 1942 r. padł omdlały na plantacjach, skąd go przeniesiono na noszach do obozowego szpitala, gdzie wkrótce nie odzyskawszy już przytomności, życie swe zakończył.

Ostatnim znanym nam faktem dotyczącym ks. Góralika jest spalenie jego ciała w krematorium obozu w Dachau, które nastąpiło 30 października 1942 r. Informacje o śmierci ks. Góralika przekazał do Kurii Krakowskiej Ks. Stefan Piotrkowski. Warto w tym miejscu przytoczyć fragment jego korespondencji z Marią Góralik z lat pięćdziesiątych.Tyle już lat minęło od rozstania się z ś.p. X. Janem Góralikiem, a jednak nie mogę tego przeboleć ani zapomnieć. Codziennie pamiętam o nim we Mszy Św. I wiele też Mszy Św. co roku odprawiam, aby mu Pan Bóg dał oglądać światłość wiekuistą. A może już i ogląda! Ks. Grodecki, który jest wikariuszem przy kościele mariackim w Krakowie, mówił mi jeszcze przed kilku laty, że był przy śmierci X. Jasia i że ś.p. Jaś umierał w tym obozie jak męczennik. Jak wiele ks. Góralik znaczył w wymiarze ludzkim, dla krewnych i znajomych świadczy fakt, iż w dalszej części listu ks. Piotrowski pisze iż po jego śmierci nic nie ciągnie go już w orawskie strony.

Zaś ks. Stefan Grodecki po latach tak pisał o ks. Góraliku: Mimo że od chwili jego śmierci upłynie wkrótce lat 22, dotychczas zachowuję go w żywej pamięci. Pośród wszystkich polskich księży, z którymi zetknąłem się w obozach – a było ich setki w ciągu pięć i pół roku trwającej niewoli – ks. Dziekan Góralik był tym, którego nigdy nie zapomnę. Była to prawdziwie anima candida – dusza czysta. Był to kapłan secundum Cor Dei, który pośród tej gehenny życia obozowego nigdy się nie załamał, nigdy swego człowieczeństwa ani swej godności kapłańskiej nie zatracił, zawsze i wszędzie dając świadectwo Prawdzie.

Najpierw aresztowanie a potem śmierć ks. Góralika były ciosem dla najbliższych ale i dla orawskiej społeczności. Ks. Józef Buroń, wspominał, że jego aresztowanie wywołałolament nie do opisania na całej Orawie.Wojciech Lorencowicz, który przez krótki czas towarzyszył ks. Góralikowi w wojennej tułaczce, otwierając pierwsze w warunkach wojennych posiedzenie Zarządu i Rady „Kasy Stefczyka” w dniu 25 marca 1940 r., nawiązał wyraźnie do jego nieobecności. Zebraliśmy się razem po bardzo trudnych wydarzeniach, lecz dzięki Bogu wróciliśmy z nich cało, ale brak jest na dzisiejszym posiedzeniu założyciela tej Kasy, przewodniczącego Zarządu ks. Dziekana Jana Góralika, który znajduje się jeszcze w niewoli, wzięty tam niewinnie w dniu 2.IX.1939 r. Wezwał więc zebranych, aby przynajmniej paciorkiem pomogli temu, który całkiem bezinteresownie opiekował się Kasą przez 11 lat jak swoją matką, a dziś razem ze swym ks. wikariuszem cierpi daleko od nas.

Łukasz Wiater

ZOBACZ TAKŻE: Wspomnienie ks. Jana Góralika

One thought on “Z Podwilka do Dachau – droga do męczeństwa ks. Jana Góralika

  • 26 października 2014 at 16:45
    Permalink

    Dziękuję za przypomnienie postaci śp. ks. J.Góralika!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.